Górna – znamy się!

 

Górna – znamy się! Moja historia, moja przyszłość

 

„Bo każda opowieść jest ważna” – Jerzy Hutek

Stworzyliśmy emocjonalna mapę wspomnień Górnej. Dzięki Państwa wspomnieniom i opowieściom przywróciliśmy ludzką pamięć o naszej dzielnicy. Interesowały nas wydarzenia małe i duże, jak mieszkańcy spędzają i spędzali wony czas. Gdzie robiono zakupy, gdzie się leczono, gdzie i kiedy grano w piłkę…, Gdzie i do jakich szkół chodzili Państwo i Państwa rodzice… Kiedy sprowadzili się Państwo na Górną, jeśli się tutaj nie urodzili. Gdzie pracowali Państwa Rodzice, Dziadkowie, gdzie pracuję Państwo sami, i Wasze Dzieci, Wnuki.
Poniżej można zapoznać się z zebranymi wspomnieniami. Dzięki inicjatywie stworzyliśmy wspólnotę wspomnień. – Jerzy Hutek – autor inicjatywy

 

1. Cewka

Marek Michalak, ul. Antoniny 18/20

Od 1960 roku, przez 20 lat mieszkałem, przy ul. Antoniny 18/20. To był blok zakładowy, postawiony przez „Cewkę” czyli Łódzkie Zakłady Cewek Przędzalniczych. Przedsiębiorstwo mieściło się przy ul. Pabianickiej 119/131, a nasz blok postawiony został na tyłach terenu należącego do tego przedsiębiorstwa. Moi rodzice pracowali w „Cewce” i dlatego dostali mieszkanie w zakładowym bloku.  Zakład był niejako strategiczny dla krajowego przemysłu włókienniczego. Wytwarzano tam cewki do nawijania przędzy, nici dla wszystkich krajowych przędzalni, farbiarni i tkalni. Dzisiaj przedsiębiorstwa już nie ma, upadło z początkiem lat dziewięćdziesiątych. Podzieliło los całego potężnego przemysłu włókienniczego. Wracając do mieszkańców zakładowego bloku. Mieszkało się tam wspaniale. Blok miał trzy klatki schodowe i cztery piętra. Na każdym poziomie były trzy mieszkania – w sumie mieszkało 45 rodzin. Dorastałem wśród tych ludzi i z perspektywy późniejszych muszę powiedzieć, że tworzyliśmy bardzo zintegrowaną społeczność. Przede wszystkim wszyscy pracowali w jednym zakładzie pracy, więc znali się nie tylko jako sąsiedzi. Szanowali się i służyli sobie pomocą. Mieszkali tam pracownicy fizyczni, umysłowi i ci z kadry kierowniczej.
W latach sześćdziesiątych telefon był luksusem i w całym bloku był tylko jeden aparat. Zainstalowano go u I sekretarza Podstawowej Organizacji Partyjnej, ale gdy zachodziła jakaś ważna potrzeba, każdy z bloku miał do telefonu dostęp. Sekretarz nigdy nie robił trudności.
Kiedy nastawały cieplejsze dni starsi panowie siadywali przy stołach pod drzewami  i godzinami grywali w karty; głównie w tysiąca i oko. Najważniejsze dla dorastających dziewczyn  i chłopaków było to, że wokół bloku było dużo wolnego terenu. Mieliśmy pełno wymiarowe boisko z bramka, na którym całym dniami tłukliśmy piłkę. Zimą natomiast do zapamiętania zjeżdżaliśmy z górki (bo była też górka) na sankach lub na jakichś deskach.
Kiedy w budynku pojawili się emeryci, bo spora część mieszkańców zaczęła kolejno przechodzić na emeryturę, założono sąsiedzki ogródek warzywny. Każdy miał swój kawałek ziemi i z oddaniem dbał o niego. Uprawiano tam najpotrzebniejsze i najprostsze warzywa: cebulę, marchew, pietruszkę, pomidory, sałaty. To było dla nich ważnie, że mieli coś własnego, coś co sami wyhodowali. Potem pojawiły się też komórki z gołębiami i królikami.
Sąsiedzi „mieli oko” na wszystkie dzieci z bloku. Zawsze jakieś trzy lub cztery mamy i babcie były przed domem i niby to plotkując, miał baczenie na najmłodsze dzieci. Nie było też mowy o jakimś chuligaństwie wśród starszy… Presja znajomych z bloku była zbyt duża, żeby ktoś schodził na manowce.
Z ciekawych rzeczy pamiętam i to, że sąsiedzi złożyli się i kupili maglownicę, zwaną w dawnej Łodzi maglem. To był potężny, ciężki sprzęt. Ustawiono go w piwnicy, bo stropy żadnego piętra by takiego obciążenia nie wytrzymały. Potem przy maglownicy zbierały się kobiety, nawijały pościel, ręczniki i obrusy na wałki… To była skomplikowane operacje, Wałki były drewniane trzeba było umieć odpowiedni nawinąć rzeczy do maglowania. Potem – znowu umiejętnie – trzeba było te walki wkładać pod, przesuwającą się nieustannie do przodu i w tył, ciężką skrzynię wypełnioną kamieniami. No, to w sumie było misterium…
Porządek panował wzorowy. Wszystkie klatki zamykane były o 23,.00 a klucz miał dozorca. Mieszkający na parterze. Nikt obcy się po bloku nie mógł kręcić.
Taki był mój „Kraj dzieciństwa…” Dzisiaj już go nie ma. Wolny teren wokół bloku podzielono na działki i został zabudowany domami jednorodzinnym. Dalsza okolica też się zmieniła. Nie ma już sklepu GS-u na Prądzyńskiej… ja też mieszkam już gdzie indziej. Od 1982 roku mieszkam przy Zaolziańskiej, gdzie nie jest mi źle, ale wspomnienia z życia w bloku „Cewki” są bardzo miłe.

2. Już nie ma tego wielkiego ruchu

Sabina Zakrzewska, ul. Naruszewicza 10

W Górnej mieszkam już 45 lat. Urodziłam się daleko, pod Łomżą w małej wiosce Kossaki.
Do Łodzi, do miasta Łodzi jak się mówiło wtedy, przyjechałam w 1948 roku. Za chlebem i lepszym życiem. Tam u nas chudo było i bez perspektyw. W Łodzi skończyłam technikum włókiennicze, a potem włókiennictwo na Politechnice Łódzkiej. Całe życie przepracowałam jako laborantka. Najdłużej pracowałam w Obrońcach Pokoju.
To było miasto w mieście. Wielka firma. Do lat 80-tych w Łodzi działało ponad 180 fabryk.
Ja to dobrze pamiętam. Tę wielka energię maszyn i ludzi. Dla mnie, dziewczyny z cichej wioski cały ten wielki ruch był pociągający. W laboratoriach badaliśmy surowce i tkaniny. Były normy i trzeba ich było przestrzegać. Nikt niczego „na oko” i „na dotyk” nie robił.
Pracowałam też w Teatrze Wielkim. Teatr to jest osobny świat. Podzielony na kasty: aktorów solistów, chóry, balet, techników sceny i całe liczne zaplecze. Tam zwyczaje i tradycja są ważniejsze od nowinek. Ja odpowiadałam za farbowanie tkanin na kostiumy. Niby byłam z boku sztuki, ale przecież chodziłam na spektakle. Słuchałam i widziałam jak artyści w nerwach i napięciu przeżywają każdą próbę i każde przedstawienie. To było fascynujące. Zresztą – zawsze chodziłam do teatrów, do kina – nie żyłam w ciszy i na uboczu. Lubiłam ruch.
Jestem zadowolona ze swego życia. Wychowałam dwoje dzieci. Zdobyły wykształcenie. Szkoda tylko, że córka wyjechała zagranicę. Ale ja ją rozumiem. Ona, jak ja za młodu, też szukała miejsca tętniącego życiem, dającego nadzieję. A niestety Łódź dzisiaj nadziei młodym daje niewiele.
Na Górnej mieszka się spokojnie i wygodnie. Niby dobrze. Czasem tylko jak mijam tramwajem Obrońców Pokoju, to coś mnie ściska w dołku. To jest chyba żal, że nie ma już tych wielkich zakładów, że nastał koniec z łódką wełną i bawełną, że jest tylko ruina. Już nie ma tego wielkiego ruchu.

3. Tu nie ma kawiarni

Elżbieta Lewińska, ul. Rejtana 6

Na Górnej, przy ul. Rejtana na wprost Pięknej, zamieszkałam w maju 1967 roku. Stały już wtedy bloki na Obywatelskiej, ale wokół było prawie jak na wsi. Przeważały małe domki z ogródkami. Mój dom był pierwszym wieżowcem na Rejtana. Później postawiono jeszcze dwa. Wieżowce stawiano w miejscu tych sielskich domków. Nowe pochłaniało stare. Tyle, że nowe nie było wcale ładniejsze od starego. Z drugiej strony – gdyby nie te wieżowce nie miałabym gdzie mieszkać. W mojej najbliższej okolicy wieżowców jest około 10.
Pamiętam, że jeszcze w 1967 roku Włókniarzy kończyła się przy Obywatelskiej, a dalej były pola, a nawet glinianki w okolicy Kolei Obwodowej. Tam były normalne gospodarstwa rolne,
ze stodołami, chlewami, oborami i stajniami.
Dojazd do tego nowego osiedla, które nazwano „Obywatelska” nie był łatwy. Tramwaj jechał al. Politechniki i miał krańcówkę na Wróblewskiego. Straszną ulicą była Felsztyńskiego, wprost bałam się nią chodzić. Te rudery, kręcący się na tej ulicy podejrzani panowie – nieprzyjemnie było. O dziwo Felsztyńskiego wcale się nie zmienia.
Z tych pierwszych lat pamiętam i to, że byliśmy w ogóle odcięci od telefonów. Jedyny aparat był na Rejtana w przedszkolu. Walczyliśmy o telefon długo, aż w końcu powiedziano nam, że jeżeli chcemy telefonizacji, to sami musimy zapłacić za postawienie słupów telefonicznych. I zapłaciliśmy, bo innego wyjścia nie było.
W latach 70. przedłużono Włókniarzy do Pabianickiej, zmodernizowano całą okolicę. Po 1990 roku pojawiły się w okolicy markety, aż chyba w nadmiarze, ale skoro są, widać przynoszą właścicielom zyski.
I tak na moich oczach miasto wchłonęło i przekształciło dawną wieś. Jednej tylko „instytucji” brakuje mi na moim osiedlu. Tu nie ma żadnej kawiarni. A ja lubię spotykać z koleżankami właśnie w kawiarniach.

4. Wielki wybuch

Wiesław Zduńczyk, ul. Zapolskiej 55

Z pochodzenia to ja jestem bałuciarz, a na Górnej zamieszkałem na skutek wybuchu. Mieszkałem przy Zgierskiej pod numerem 25. To jest naprzeciw kina Zachęta, zaraz przy kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Ciężko tam było – ciemna oficyna, brak łazienki. A była ze mną żona i dwójka małych dzieci.
I pewnego dnia wylecieliśmy dosłownie w powietrze. Sąsiad kierowca autobusu wrócił w nocy do domu, postawił czajnik na gazie i zasnął. Woda zalała palnik, gaz się ulatniał, aż wybuchł. Cała nasza lewa oficyna wyleciała w powietrze. Nas, a mieszkaliśmy nad nim, dosłownie uniosło w górę – podłoga, meble, zaklinowały się drzwi, potłukły szyby w oknach, Zapaliło się jego mieszkanie, a potem i nasze. Ogień zaczął zajmować nasze rzeczy. Nie mogliśmy wyjść, bo drzwi się wykrzywiły i zaklinowały. Żona wzięła na ręce oboje dzieci i stanęła przy oknie. Chciała skakać na bruk, a to było drugie piętro, żeby tylko nie ginąć od ognia. Z tego nieszczęścia uratował nas inny sąsiad, z piętra wyżej. Siekierą rozrąbał drzwi i jakoś nas wyciągnął. Cud boski że miał siekierę. Ale to ogólnie twardy był chłop – powstaniec warszawski.I tak to jednej majowej nocy 1978 zostaliśmy bez niczego – ani mieszkania ani mebli i rzeczy do życia. Poszedłem do urzędu. Bardzo mnie miło przyjęli i zaproponowali od razu mieszkanie na Górnej. Miałem wpłacone na mieszkanie na Teofilowie, nawet bliżej pracy, ale to trzeba było czekać parę miesięcy. A tak w ciągu trzech dni zamieszkałem w bloku przy Zapolskiej 25. I po raz pierwszy w życiu mieliśmy łazienkę.
Ten wybuch na Zgierskiej to było wielkie nieszczęście, ale obróciło się na dobre. Jak się tu żyje i mieszka? Spokojnie. A to dla emeryta jest ważne. Mnie tam wielkomiejski ruch już nie imponuje i nie podnieca. Tutaj wszędzie jest blisko – do sklepów, do lekarza. Mam też niedaleko skwer przy kościele Kolbego. Dzisiaj młodzi mają wielkie oczekiwania, ja cieszę się z tego co mam.
Bo też pamiętam co miałem na Zgierskiej.

5. Żal starych miejsc

Halina Gąsiorowska, ul. Chełmońskiego 2

Na Górnej zamieszkałam 40 lat temu. Przeniosłam się tu ze Śródmieścia. 40 lat temu moja nowa dzielnica była bardzo zielona. Było dużo przestrzeni wolnej, dostępnej dla każdego. Pełno było
tu drewnianych domów w pięknych ogrodach z jabłoniami, gruszami. Wszystko poszło pod siekierę i koparki. Teraz niestety stawiają domy gdzie tylko się da. A przecież były ogródki działkowe
dla mieszkańców na Chełmońskiego, które zlikwidowano. Rozumiem, że trzeba budować,
ale ta tendencja do betonowania każdego skrawka trawy jest przykra. Ludzie nie powinni z okien swoich domów patrzeć tylko na inne okna, w innym bloku.
Od kiedy tu mieszkam dzielnica ciągle traci swoje znaczące stare miejsca. Zniknęła zajezdnia tramwajowa z rogu Kilińskiego i Dąbrowskiego, a to było charakterystyczne miejsce dla naszej dzielnicy, niejako jej znak rozpoznawczy i symbol. Nie ma już farbiarni na Siedleckiej, a to był duży zakład, dawał pracę wielu ludziom. Podobnie z fabryką włókienniczą w parku Dąbrowskiego. Pamiętam też piekarnię Janika na Dąbrowskiego – tam było najlepsze pieczywo w Łodzi.
Żal starych miejsc. Powiem szczerze, że 40-lat temu Górna nie miała dobrej opinii w mieście. Sporo było „miejsc zakazanych”, obok których wieczorami strach było przechodzić. Na przykład budynek róg Krzywej i Dąbrowskiego miał okropną opinię. Najbardziej na Górnej lubię parki. Teraz pojawiają się w nich urządzenia do ćwiczeń fizyczny, to bardzo dobrze. Pojawiają się też tężnie i to jest bardzo atrakcyjne.
Jestem, emerytką, ale aktywną. Założyłam Klub Seniora „U Haliny”, w Ośrodku Kultury GÓRNA przy Siedleckiej 1. Organizowaliśmy spotkania z ciekawymi ludźmi, spotkania z psychologiem, z policją, która uczyła nas jak nie dać się oszukać naciągaczom. Staram się żyć aktywnie i chyba mi to się udaje.

6. Poznałam wielu dobrych ludzi

Janina Popławska, ul. Podmiejska 3

Pochodzę z Młogoszyna, w powiecie kutnowskim, ale w 1956 r. zamieszkałam w Łodzi. W Kutnie skończyłam Liceum Administracyjno-Handlowe im. Lelewela. Po maturze – takie to były czasy – dostałam nakaz pracy w Zgierzu. Ale nie chciałam iść do Zgierza, nic w tym mieście mnie nie ciekawiło, nie miałam tez w Zgierzu żadnych znajomych. Tu z pomocą przyszła mi szkolna koleżanka, która poleciła mnie swej ciotce, i dzięki tej pomocy zaczęłam pracować w Piwkach koło Kutna. Było ubogo, ale dobroć ludzka osładzała mi wszystko. Potem zaczęła pracować w Radzie Narodowej w Kutnie. Ale nastąpiły zmiany organizacyjne, polikwidowano powiaty i zostałam bez pracy.
Miałam propozycję pracy w Łodzi, jako konduktorka w tramwajach, ale zaczepiłam się jednak w handlu i zaczęłam pracę w znanym sklepie z zabawkami MIŚ, przy Piotrkowskiej 42. To był sklep MHD (Miejskiego Handlu Detalicznego). Po MISIU zostałam kierowniczką FOTOOPTYKI przy Piotrkowskiej 26.
W Łodzi na początek zamieszkałam przy Prądzyńskiego 19. Dom był prywatny, z ładnym ogródkiem. Pełno było takich w okolicy. Mieszkało tam 8 lokatorów i wszyscy się jakoś dogadywali. Sami się opodatkowywali na naprawę dachu, malowanie klatek schodowych, płotów. Wprost cudownie gospodarzyli sobie, każdy wykorzystywał swoje umiejętności. W ogródku stał stół, w soboty wieczorami wszyscy siadali do tego stołu; razem jedli a nawet trochę pili, alez wielkim umiarem. W ogródkach lokatorzy wspólnie hodowali warzywa i kwiaty.
To był dom bez luksusów. Nie było wodociągu, wodę brało się ze studni, z pompy. Ubikacji
w mieszkaniach też nie było – jedynie drewniany wychodek w głębi posesji. Ale wszędzie było czyściutko.
W 1967 roku przeprowadziłam się do swojego mieszkania na Kniaziewicza, przy szpitalu Biegańskiego. Jak zamieszkałam na w takim małym mieszkanku na Kniaziewicza, to pierwszego dnia uklękłam i płakałam ze szczęścia, że mam bieżącą wodę. Ale łazienki nie miałam. Kąpać się chodziłam do miejskich łaźni, a tych było wtedy w Łodzi bardzo wiele.
Potem mieszkałam krótko na Podmiejskiej do marca 1985. Nie zarabiałam wiele, rodzina była biedna i nie mogła mi pomóc, ale w końcu jakoś uskładałam sobie na wkład w spółdzielni „Osiedle Młodych”. Teraz mam spokój, i nigdzie się z Górnej nie wybieram. Niedaleko mojego bloku mam Dom Dziennego Pobytu, gdzie chodzę na obiady. Trochę ta moja tułaczka trwała, ale wreszcie dobiłam do dobrego portu.
Muszę powiedzieć najważniejsze – zaraz po wojnie ludzie byli dla siebie dobrzy. Przez całe swoje życie spotykałam ludzi życzliwych, którzy mi pomagali. Teraz ludzie nie interesują się nikim – poza samymi sobą, no i są zazdrośni. Ludzie teraz żyją coraz bardziej osobno, samotnie. Dlatego nie lubię i nie kupuję w supermarketach, denerwuje mnie w nich to, że nikt się klientem nie interesuje. Nikt nie może mi niczego powiedzieć o towarze, który leży na półkach… Dla mnie, wieloletniego handlowca, to niezrozumiałe i niedopuszczalne. Wolę kupować w małych sklepach.

7. Moje kotki i pieski

Małgorzata Zamana, Szkoła Podstawowa przy Łęczyckiej 23

Jako dziecko mieszkałam na Śląskiej, potem na Poznańskiej. Do szkoły chodziłam przy Łęczyckiej. I ta szkoła zaważyła na całym moim życiu. Nie dlatego, że ta szkoła była zła czy dobra. Była dobra, ale nie o nauczanie mi chodzi. Rzecz w tym, że jako dziecko byłam okropnie chuda. Właściwie jak patyk. Dlatego mama codziennie szykowała mi do szkoły dużo kanapek. Ale ja w szkole jadłam obiady, więc nie mogłam już wcisnąć w siebie tych kanapek.
Do szkoły zawsze się spieszyłam, bo zawsze się spóźniałam, lub byłam na granicy spóźnienia. Raz nawet stawałam przed całą szkoła na apelu, jako spóźnialska. Okropne przeżycie. Natomiast ze szkoły wracałam wolno, bo musiała te niezjedzone kanapki dać okolicznym kotkom i pieskom. Wtedy pokochałam bezpańskie zwierzaki, bo one na mnie codziennie czekały.
I kocham te moje pieski i kotki nadal. Jestem „Społecznym Opiekunem Kotów Wolnożyjących na terenie miasta Łodzi”, mam nawet legitymację wydana przez Urząd miasta Łodzi, która poświadcza to. Codziennie karmimy z koleżanka Iloną koty w okolicach Politechniki Łódzkiej na Wólczańskiej i Potza. Takie obowiązki na siebie wzięłam.
Wyprowadziłam się z Górnej, mieszkam na Wólczańskiej 220, ale ciągle odwiedzam Ośrodek Kultury na Siedleckiej 1. Zaczęłam jeszcze jako dziecko – tu były kółka zainteresowań. Chodziłam na zajęcia teatralne – robiliśmy pacynki, potem graliśmy lalkowe przedstawienia. W Domu Kultury przy Siedleckiej (Ośrodek nazywał się wtedy Domem Kultury) w niedzielne przedpołudnia wyświetlano też bajki dla dzieci. Ubóstwiałam te filmy. Dom Kultury organizował też półkolonie – latem i zimą, zawsze na nich byłam.
Teraz biorę udział w pracach Klubu Rękodzieła Artystycznego „Koroneczka”, które prowadzi pani Ela Lewińska. Robimy na drutach, szydełkiem, frywolitkami (takie maleńkie czółenka), robimy też makramy.

8. Wśród sadów i ogrodów

Marek Bartosiak, ul. Bolesława numer 3

Od urodzenia, a urodziłem się w 1956 roku, do 18 roku życia mieszkałem przy ul. Bolesława. Potem mieszkałem trochę na Bałutach, by od kilkunastu lat zamieszkać znowu na Górnej, przy ul. Białostockiej. Ale Bolesława i jej okolice to mój „kraj lat dziecinnych”. Na ulicy Bolesława pod numerem 5 była fabryczka „Guma”, było ją czuć w okolicy, ale jakoś nikomu to nie przeszkadzało. Pod numerem 10 była świetlica środowiskowa prowadzona przez Towarzystwo Krzewienia Kultury fizycznej, mieliśmy tam stoły do ping-ponga, które godzinami obijaliśmy. Mieliśmy też porządne boisko przy szkole podstawowej nr 148. W szkole była duża hala sala gimnastyczna. Można powiedzieć, że wszystko czekało, żeby nie wyrośli z nas rachitycy. Dorastałem w przestrzeni przedwojennych sadów, wśród których stały parterowe domy, a z rzadka tylko piętrowe. Te sady dobrze pamiętam, bo w każdym były psy, które bezlitośnie szarpały nogawki amatorom cudzych jabłek.
Latem, cały wolny czas spędzałem z kolegami. Było się gdzie wałęsać. Zimą przechodziło się Pabianicką i mieliśmy tylko kilometr do Rudzkiej Góry. Tam uczyliśmy się jazdy na nartach i ślizgaliśmy się na sankach. W druga stronę, w kierunku Lublinka były tzw. Chachuły – wzniesienia, górki, teren dla dzieci pociągający bo tajemniczy i uroczy.
Oczywiście główną arterią dzielnicy była Pabianicka, wtedy była wyłożona czarną kostką bazaltową. Prawie codziennie, szczególnie po deszczach, były na niej stłuczki i wypadki, bo bazalt przy marnej pogodzie robił się śliski. To była niezwykle ruchliwa ulica, ale jakoś ją przekraczaliśmy – a świateł na skrzyżowaniach w początku latach sześćdziesiątych jeszcze nie było. Niedaleko było kino Muza i centrum spotkań dorosłych – restauracja Lotnicza. To było w ogóle centrum naszego życia – mieszkańców Rudy Marysin. Mieliśmy wszystko – od kina po sklepy, bary, apteki. Z większych atrakcji mieliśmy blisko do Stawów Stefańskiego. Wtedy chodziły tam tramwaje
z centrum Łodzi. Teraz ich nie ma, a szkoda. W każde letnie popołudnie i niedziele zbierała się na Stawach niemal cała Ruda. Były kąpieliska, były żaglówki, skakało się z mostków na główkę… Były też potańcówki w knajpie, a właściwie przed nią. Na zewnątrz był wielki podest z desek, mogący pomieścić kilkadziesiąt par. I zawsze grała orkiestra, na żywo, nie z płyt. Teraz niestety Stawy Stefańskiego tracą swój dziki charakter. Wokół stawów buduje się kto może. Powstają nawet spore osiedla, które niemal „wchodzą do wody”. Też szkoda, że nikt tego nie dopilnował.
Takie było „życie wakacyjne” na Rudzie i na Pabianickiej. Ale była też codzienna ciężka praca. Bardzo dużo było małych zakładów produkcyjnych, ale jeśli chodzi o zatrudnienie, dominowały wielkie przedsiębiorstwa – takie jak Pierwsza Rudzka czyli Zakłady Przemysłu Jedwabniczego „Pierwsza”. Na Starorudzkiej był też duży oddział Zakładów Przemysłu Bawełnianego im. Stanisława Dubois „POLINO”.

9. Samotność na Górnej

Marlena Szablewska, ul. Radomska 22

Urodziłam się na ul. Gdańskiej 9, ale mieszkaliśmy tam krótko, bo akurat dziadkowie wykończyli dom na Odrzańskiej 47. To był domek, z dużym ogrodem – 3000 kw. I tam, na Odrzańskiej mieszkałam do 8 roku życia. Chodziłam do przedszkola na ul. Uroczysko, i tańczyłam w zespole maluchów, który istniał w domu kultury na Sopockiej. To moje dzieciństwo było wspaniałe, byłam żywym dzieckiem, łaziłam po drzewach, wchodziłam na dachy komórek… było pięknie, bo było się gdzie bawić.
Niedaleko było lotnisko Lublinek, właziliśmy na dachy jakichś niskich przybudówek
i z rozdziawionymi ustami patrzyliśmy na lądujących spadochroniarzy. Pewne dnia wzięłam parasolkę mamy i skoczyłam z dachu domu, jak ci panowie. Cud, że nie połamałam rak i nóg.
Jednak rodzice chcieli mieszkać samodzielnie, dlatego przeprowadziliśmy się na Lubelską 22. Z tą przeprowadzką to był chytry plan mojego ojca. Jakoś, gdzieś, od kogoś dowiedział się, że dom na Lubelskiej przeznaczony jest do rozbiórki. I rzeczywiście zaledwie po roku dostaliśmy mieszkanie na Radomskiej 14/16, a dom na Lubelskiej zburzono. Takie to były czasy.
Z Radomskiej 14/16 wyprowadziłam się, po ślubie, na Bałuty, na ul. Sierakowskiego, bo tam kupiliśmy z mężem mieszkanie. Jednak mój „niespokojny duch mieszkaniowy” po 10 latach znowu zarządził mi przeprowadzkę. W 1999 roku, wróciłam na Radomską, ale do bloku obok tego, z którego się wyprowadziłam.
Przez całe swoje życie uważałam się i uważam nadal za „Górniczankę”. Jednak ta moja Górna w czasie mojego życia bardzo się zmieniła. I nie chodzi mi o budownictwo mieszkaniowe, o ulice
i place. Najbardziej zmienili się ludzie. Pamiętam że jako dziecko żyłam w większej społeczności, tak na Odrzańskiej jak później (za pierwszego pomieszkiwania) na Radomskiej.
Po pierwsze wszyscy starsi dobrze się wtedy znali, witali się, rozmawiali – byli dobrymi sąsiadami. Kiedy przychodziła zima, tatusiowie jakoś się skrzykiwali i robili dzieciakom lodowisko. Skądś tam brali węże, podłączali je do jednego z mieszkań… Sami obsypywali lodowisko zwałami śniegu, potem równali lód. Ludzie wtedy byli bardziej odpowiedzialni za swoje życie. Teraz każdy patrzy na spółdzielnię mieszkaniową, na władze miasta…
Dzieciaki bawiły się razem w sporych grupkach, tworzyliśmy małe „kolektywy”. Jako podrostki robiliśmy wspólne wyprawy do pobliskich kin: do Romy, Rekordu, Muzy… Wiosną
i latem zbieraliśmy się się między blokami, na kawałkach zielonego terenu, pod drzewem, ktoś „zorganizował” ławkę, ktoś inny przynosił gitarę, razem śpiewaliśmy, gadaliśmy… Ja to pamiętam jako coś pięknego do dzisiaj.
Myślałam, po powrocie na Radomską, że mój syn też wsiąknie w jakąś grupę kolegów
z osiedla, ale nic takiego się nie stało. Wolał siedzieć w domu, przy komputerze, książkach, przed telewizorem. Myślałam, że może wychowałam jakiegoś nietypowego odludka. Ale nie. Po prostu tak zmienił się świat, że teraz wszyscy żyjemy osobno. I to nie tylko na Górnej, ale w całej Polsce
i pewnie na świecie. Szkoda, że nie ma wokół inicjatyw społecznych integrujących ludzi. A te co są polegają na tym, że ludzie skrzykują się na facebooku, gdzieś potem razem idą, coś robią, ale nadal się nie znają.

10. Przez ten dom przeszła historia

Jacek Polański, ul. Bałtycka 3

Mieszkam, a właściwie mam zaszczyt mieszkać, w domu, przez który przeszła historia. Posesję przy Bałtyckiej 3, na Chojnach kupił po I wojnie światowej mój dziadek Ludwik Polański. Dziadek pochodził z Zagłębia, w czasie wojny był żołnierzem I Kadrowej. Z zawodu był farmaceutą, aptekarzem. W 1920 roku pobudował dom na dzisiejszej Bałtyckiej. Wtedy ta ulica nie miała jeszcze nazwy, ale dziadek zamówił tabliczkę z nazwą „Bałtycka”, przybił ją na słupie i tak zostało.
Na Chojnach założył też skład apteczny, między Pryncypalną a Dachową. Potem miał skład
na Rzgowskiej 139. Prababcia pochodziła z kresów, z miasta Sumy i osiedli w Łodzi,
na Pryncypalnej. Pewnego razu moja babcia – poszła do apteki po lekarstwa. Ładna panna wpadła w oko mojemu dziadkowi. Jej też się chyba spodobał – skoro w niecały rok doszło do ślubu.
Ta apteka dziadka była zbawieniem dla biedoty z Chojen. Większości mieszkańców nie stać było na lekarza. Szli więc do apteki i płacili tylko za lekarstwa.
W czasie II wojny światowej apteka i dom na Bałtyckiej stały się punktami przerzutu tzw. ludzi spalonych do Generalnej Guberni. Tymi przerzutami kierowała łódzka komórka Armii Krajowej.
W tym naszym domu pod pokojem było ukryte wejście do obszernej piwnicy. Nocami przyprowadzano tu ludzi, którzy cały dzień musieli siedzieć cicho i nie wychodzić na zewnątrz. Czasami siedzieli pod podłogą nawet 3 dni. Było niebezpiecznie, bo przecież Łódź pełna była Niemców i rodzimych folksdojczów. Potem w kolejną noc ci schowani byli zabierani z piwnicy, dawano im fałszywe papiery i szli w drogę do Generalnej Guberni, gdzie nie było takiego terroru jak w Łodzi. Tak było do 1943 roku. Jednak pewnej nocy zajechało Gestapo. Zaczęli bić babcię i dziadka – domagali się wydania „skarbu”. Dziadek i babcia milczeli, ale w końcu znaleźli czego szukali, bo informacje mieli bardzo dobre. I zabrali zakopane w ziemi pamiątki oraz złoto i srebro z kościoła Św. Wojciecha. Zdrajcą był Polak, jeden z trzech, którzy ten „skarb” zakopywali z początkiem wojny. Ale nie wspomnę jego nazwiska, niech mu tam ziemia lekką będzie.
Gestapowcy zabrali dziadka, babcię, mego ojca i jego siostrę. Zabrano także służącą – dosłownie w nocnej koszuli. A to był listopad. W naszym domu zamieszkała Niemka, która przejęła też aptekę.
Służąca Józia trafiła do niemieckiej fabryki amunicji, przetrwała tam wojnę, cały czas w tej nocnej koszuli. Ją potraktowano w sumie łagodniej. Natomiast babcię i ciotkę Krystynę wywieziono do obozu Birkenau. Ojca i dziadka do Oświęcimia. Potem ojciec i dziadek trafili do Mauthausen-Gusen. Pamiętam numer obozowy ojca – 169376.
Gdy zbliżali się Rosjanie nastąpił ten straszny „marsz śmierci”. W tej kolumnie maszerujących po śniegu i na mrozie były babcia, ciotka Krystyna oraz sierota dziewczynka z obozu, którą babcia się zaopiekowała. W czasie jakiegoś postoju wszystkie trzy uciekły w las. Pomagali im przez kilkanaście dni miejscowi chłopi, potem wszystkie trzy przedarły się przez front do Rosjan. Najpierw trafiły do rodzinnego Zagłębia, potem wróciły do Łodzi. Wróciła też Józia.
Dziadek z moim ojcem zostali wyzwoleni przez Amerykanów i z początkiem 1946 roku wrócili na Chojny. Zastali dom zrujnowany i okradziony ze wszystkich cennych rzeczy – a dziadek zbierał obrazy dobrych malarzy. Ale co tam obrazy, w domu nie było nawet szyb.
Dziadek zastał swoją aptekę równie zdewastowaną jak dom. Ale w krótkim czasie udało się aptekę odbudować, podobnie jak dom. Aptekę dziadek stracił w 1953 roku, bo weszło nowe prawo i każdy, kto nie był dyplomowanym farmaceutą mógł prowadzić jedynie drogerię. Dziadek zmarł w 1954 roku. Nie doszedł do zdrowia po obozie. Po śmierci dziadka babcia dostała prawo do prowadzenia drogerii i prowadziła ją do 1982 roku.
Mój ojciec Stanisław Ludwik urodził się w 1922 roku. Uczęszczał do jednej z najlepszych szkół w Łodzi – Zimowskiego, na Tylnej przy Sienkiewicza. Po wojnie skończył Politechnikę Łódzką – z początku robił mydło w Pollenie. Potem awansował i został kierownikiem działu technologii wody i ścieków w Biurze Projektów Budownictwa Komunalnego. Ojciec miał sukcesy – stworzył pierwszy w Polsce ozonator do wody. Ozonowanie zastąpiło niebezpieczne dla ludzi chlorowanie. To był wielki sukces.
Ja skończyłem najpierw Technikum Budowlane nr 2., tam zdobyłem podstawy mojego dzisiejszego zajęcia – jestem „Technikiem urządzeń wodociągowo-kanalizacyjnych”. Studiowałem też ten kierunek na Politechnice, Dzisiaj mam firmę zajmującą się instalatorstwem wodno-kanalizacyjnym.
Ta woda jakoś chodzi za naszą rodziną… Mój pradziadek, ze strony matki, Kleck był przed I wojną światową inżynierem wodociągów w Moskwie i w Sumach, miał wielkie przedsiębiorstwo, zatrudniał nawet do 3 tysięcy ludzi. Mój ojciec był inżynierem wodociągów, ja też robię w tym fachu…
A jeszcze co do historii – ta wojna najbardziej zniszczyła nas – dzieci. Zresztą dotyczyło to rodzin wszystkich tych, którzy wyszli z obozów. Ojciec był bardzo nerwowy, żył cały czas w potwornym napięciu, nosił w kieszeni skórkę od chleba… Nie okazywał dostatecznie dużo serca, mnie, bratu i siostrze.

11. Specyfika i klimat

Wiesław Kowalski, ul. Chóralna 4

Od 50 lat związany jestem z Górną. Prawdę mówiąc, nawet podczas mieszkania na Retkini, pracowałem na Górnej. W 1970 roku zacząłem pracę zawodową w ALBIE czyli w Zakładach Przemysłu Bawełnianego przy Pabianickiej 184/186. Alba to był duży zakład, zatrudniał 5 tysięcy ludzi. Tam pracowałem aż 25 lat. Zaczynałem jako ślusarz warsztatowy a kończyłem jako kierownik oddziału remontowego. Jak zostałem kierownikiem miałem raptem 24 lata – to chyba się nadawałem.
W 1967 roku wróciłem na Chojny. Teraz jestem prezesem Spółdzielni Mieszkaniowej „Chojny”. Spółdzielnia została założona w 1979 r. Obecnie mamy 19.000 mieszkańców, którzy zajmują 8. 907 lokali w 234 budynkach. Jesteśmy drugą, co do wielkości, spółdzielnią mieszkaniową Łodzi. W naszych budynkach działają dwa przedszkola miejskie. Dbamy też o wolny czas mieszkańców, mamy dwa kluby osiedlowe: na Chojnach Zatorzu przy ul. Gościnnej i na Starych Chojnach przy ul. Skupionej. Mieszkańcy mogą robić zakupy w dwóch dużych pawilonach handlowych.
Nie wyobrażam sobie, żebym miał mieszkać gdzie indziej. Chojny i cała Górna mają swoją specyfikę. Mimo tysięcy domów, głównie bloków, które tu powstały, Chojny nadal zachowały swój przedmiejski charakter. Dużo tu zieleni, starych drzew, jest spokój i cisza. Mamy też prawdziwe perełki – Stawy Jana i Stawy Stefańskiego. To wszystko składa się na specyficzny klimat tej dzielnicy. I ja ten klimat lubię. Z drugiej strony nie można też narzekać na komunikację. Górna jest nieźle skomunikowana z centrum Łodzi i resztą miasta.
Czego brakuje? Za mało jest nowoczesnej infrastruktury. Mamy jeszcze sporo obszarów nieskanalizowanych – to jest główny problem cywilizacyjny. Sporo się w tej sprawie robi, ale jednak za mało. Pamiętam jak jeszcze kilkanaście lat temu między Rzgowską a Tuszyńską płynęły rynsztokami ścieki.
Może jest też za mało miejsc do spotkań towarzyskich. Pewnie dlatego, że żaden właściciel nie będzie prowadził kawiarni czy restauracji, do których będzie dopłacał. Może społeczeństwo musi się wzbogacić, żeby bywać w takich miejscach. Choć… do końca 2018 roku ma powstać na Strażackiej przy Rzgowskiej kawiarnia. Zobaczymy czy się utrzyma.
Mamy też bardzo poważny problem – gdy budowano osiedla mieszkaniowe, to osiedlali się w nich ludzie młodzi. Dzisiaj w osiedlowych blokach mieszka spora grupa emerytów. To dla nich mamy na osiedlu domy seniora. Ale my – jako zarząd spółdzielni – nie jesteśmy w stanie zapewnić rozrywki i opieki wszystkim naszym emerytom. Uważam, że władze miasta powinny w tej sprawie pomóc. Bo to jest istotny problem i miasta, i całego kraju.

12. Z rodziny społecznych działaczy…

Dorota Zgierska, Wiskitno, ul. 14 Straconych

Jestem łodzianką, teraz mieszkam w Wiskitnie, które od 1988 roku jest częścią Łodzi. Czyli mieszkam i pracuję na Górnej. A w Wiskitnie mieszkam przy historycznej ulicy – 14 Straconych. Nazwa stąd, że w czasie okupacji Niemcy rozstrzelali 14 naszych mieszkańców. Zrobili to na oczach ich rodzin i sąsiadów. Trzeba o tym pamiętać.
Historia mojej rodziny związana jest z kwiatami. Ja też urodziłam się i wychowałam wśród kwiatów. Moi dziadkowie i rodzice mieli szklarnie, byli ogrodnikami i hodowali kwiaty. Najpierw to rodzinne ogrodnictwo mieściło się na Przybyszewskiego, niedaleko cmentarza. Niestety babcia została wywłaszczona, bo miasto budowała wielki wiadukt na Przybyszewskiego, nad Niciarnianą. Jako rekompensatę babcia (mama ojca) otrzymała miejsce handlowe do sprzedaży kwiatów przy cmentarzu Zarzew, na Lodowej. Potem rodzice kupili gospodarstwo rolne przy Tomaszowskiej – i tam odtworzyli swoje szklarnie, i znowu zaczęli uprawiać kwiaty. W tamtych latach były to typowe kwiaty nagrobne – knole, bratki, begonie i dodatkowo – modne wtedy – goździki brodate.
W tamtych latach cmentarze nie wyglądały tak jak dzisiaj. Nie było tylu kamiennych czy lastrikowych, nagrobków i pomników. Większość grobów to były kopce ziemi, które obsadzało się kwiatami. Zatem moja rodzina hodowała głównie kwiaty właśnie na groby.
I ja sama, jakoś tak z tradycji i zamiłowania „weszłam w te kwiaty”. Kwiaty naprawdę lubię i traktuję poważnie. Dlatego skończyłam Akademię Florystyczną w Warszawie, naukę zakończył poważny międzynarodowy egzamin. Ciągle się dokształcam, bo też florystyka ciągle się rozwija… Zresztą lubię być aktywna, może to nie tylko geny, może nauczyłam się tego w zespole „Anilana”,
w którym tańczyłam i śpiewałam? Kierował nim wtedy niezapomniany pan Leszek Woszczyński.
To była dla mnie dobra szkoła aktywności i odpowiedzialności – na całe życie.
Teraz prowadzę kwiaciarnię przy ul. Kurczaki 77, a kwiaciarnia nazywa się „77” – od adresu. To też rodzinna tradycja. Gospodarstwo mojej rodziny, jeszcze na Przybyszewskiego, graniczyło przez płot z ogrodnictwem pani Skrzydlewskiej, a mój ojciec, Zbigniew Zgierski, chodził do jednej szkoły z panem Witoldem Skrzydlewskim. I tak to dwie wielkie firmy kwiaciarskie w Łodzi są zaprzyjaźnione i sąsiedzkie.
Górna jest piękna, mamy wspaniałe parki – mnie to urzeka. A w samym Wiskitnie też mamy park – róg Kolumny i Tomaszowskiej. W tym roku nasz park otrzymał imię Jana Gibusa, zasłużonego dla miejscowości nauczyciela, dyrektora naszej szkoły i działacza społecznego. To on doprowadził do tego, że w Wiskitnie mamy wodociąg.
Wiskitno to bardzo dynamiczna i uspołeczniona miejscowość. Mamy – na przykład – świetlicę dla dzieci, którą prowadzi Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. A teraz na 100 lecie odzyskania niepodległości czeka nas wielka uroczystość – na to 100-lecie Odrodzonej Polski zasadzimy 100 dębów.
Ja, muszę to powiedzieć, pochodzę z rodziny działaczy społecznych. Mamy bardzo aktywne Koło Gospodyń Wiejskich „Jędrzejów”, a moja mama, Wiesława Zgierska, jest przewodniczącą. Moja mama prowadziła też w tym roku (2018) Dożynki Wojewódzkie, jako starościna dożynek. Mamy też dobrą Ochotniczą Straż Pożarną – tu prezesem jest z kolei mój ojciec.

13.Doświadczenie to też kapitał

Donald Budzyński, ul. Broniewskiego 26 A

Mieszkam na Górnej już 52 lata. Przedtem mieszkałem przy ul. Więckowskiego. Teraz mam 93 lata. W 1940 roku zostałem wywieziony na roboty do Niemiec – do Polski wróciłem dopiero w 1945 roku. I od razu zacząłem pracować w Widzewskich Zakładach Bawełnianych na Armii Czerwonej, przed wojną były to zakłady Kohna. Pracowałem na oddziale Gumówki – robiliśmy tam uszczelki do wszystkich rodzajów maszyn przemysłu włókienniczego.
Potem podjąłem pracę w Spółdzielni SPOŁEM, przy Piotrkowskiej 29 – byłem tam przez 3 lata kierownikiem administracyjnym. Po tych 3 latach wysłano mnie do Społemowskiego domu kultury w Pabianicach, następnie – w 1965 roku – zacząłem pracować w klubie Włókniarz. To był wtedy duży klub fabryczny Unionteksu, tam do roku 1968 byłem kierownikiem obiektów sportowych oraz I drużyny piłkarskiej. Mieliśmy z piłkarzami duży sukces, bo nawet awansowaliśmy do II ligi – czyli dzisiejszej I, bo wtedy nie było jeszcze ekstraklasy. Na Włókniarzu mieliśmy też popularny wśród łodzian odkryty basen, jedyny taki w Śródmieściu.
Następnie przeniesiono mnie na stanowisko sekretarza Okręgowego Związku Kolarskiego w Łodzi, a po 5 latach zostałem prezesem tej struktury związkowej. Byłem nim w latach 1969-1990.
Po 90 roku zaczął się istny horror ze sportem w Polsce, także w Łodzi. Upadały, jedno po drugim, przedsiębiorstwa produkcyjne a skutkiem tego kluby traciły dofinansowywanie. Wtedy w Polsce panowało przekonanie, że sponsorowaniem sportu zajmą się w całości prywatne przedsiębiorstwa, jacyś dobrzy wujkowie, ale to oczywiście nie nastąpiło nigdy.
W takiej sytuacji upadł też klub na Górnej – Chojeński Klub Sportowy. A to był dobry klub – miał sekcje piłki ręcznej, nożnej, siatkówki. Odcięto im nawet wodę i światło. Władze województwa łódzkiego poprosiły mnie o ratowanie ChKS-u. I tak zostałem komisarzem tego klubu. Już po pół roku wyprowadziłem go z długów. Pojechałem do elektrowni, do wodociągów i wybłagałem odroczenie spłat zaległości, a nawet częściowe umorzenie długów. Jako komisarz rozwiązałem stary zarząd i powołałem nowy. Zaczęliśmy też ściągać zaległości od podnajemców obiektów. Zaczęło być normalnie.
Ale sytuacja sportu dalej nie była dobra. Łódzki polityk, pan Czuma, chciał nawet rozwiązać Wojewódzką Federację Sportu. Niektórym wszystko kojarzyło się z „komuną”, nawet jazda na rowerze i kopanie piłki. Uciekając przed takimi pomysłami, chcąc ratować sport, powołaliśmy Biuro Okręgowe Związków Sportowych – zostałem jego prezesem. Po Biurze Okręgowych Związków powołaliśmy Wojewódzką Radę Związków Sportowych. Przez trzy kadencje byłem jej prezesem. Szczęśliwie rada istnieje i działa do dzisiaj.
Potem z kolei „leżał” Metalowiec, i znowu zostałem jego komisarzem. To też był spory klub, mia kilka sekcji. Tutaj zarząd sam podał się do dymisji. W Metalowcu zostałem prezesem i byłem nim przez 18 lat (1992-2010). Muszę dodać, żeby nie było niedomówień – byłem prezesem społecznie. Teraz klub ma 3 sekcje – piłkarską, biegów na orientację i szachową, ale prowadzi też bardzo szeroką działalność rekreacyjną. Niestety ten klub nie ma hali, co bardzo go ogranicza.
Bylem też prezesem (dwukrotnie) Związku Kolarskiego i organizowałem dla Łodzi dwukrotnie etapy Wyścigu Pokoju. Byłem też wiceprezesem Polskiego Związku Kolarskiego. W dawnych, czyli w moich czasach, była bardzo duża grupa społeczników, działających w klubach i na rzecz sportu. Teraz, niestety, młodzi nie garną się do tej trudnej roboty, nie garną się w ogóle do pracy społecznej. Ja to nawet rozumiem, czasy są takie, że muszą zarabiać, by utrzymywać rodziny a w sporcie wszystkie funkcje są bezpłatne, przynajmniej na poziomie województw i małych klubów. Często patrzymy tylko na osiągnięcia dużych klubów, ale bez małych klubów, te wielkie by nie istniały. Sport jest jak piramida – tysiące małych organizacji sportowych leżą u podstaw tych ze szczytu.
Dzisiaj – mimo wieku – staram się nadal pomagać moim następcom. Doświadczenie to też kapitał. Działam jeszcze w Metalowcu, udzielam się też w Radzie Osiedla Chojny-Dąbrowa.
No i jestem honorowym prezesem Łódzkiej Federacji Sportu.
Prywatnie… Mam dwie córki, obie jeszcze pracują, ale nie interesują się działalnością sportową.

14. Poodgradzali się

Edward Kołecki, ul. Podgórna 62

W 1967 roku zamieszkałem z rodzicami przy ul. Podgórnej. To był blok zakładowy Wytwórni Włókien Chemicznych „Anilana”. Przedtem mieszkaliśmy na Widzewie. Rodzice dostali mieszkanie w tym bloku jako pracownicy „Anilany”. To był pierwszy blok osiedla Podgórna, które położone jest między Promińskiego (dziś Śmigłego-Rydza) a Kilińskiego. Obok naszego domu stanęły jeszcze cztery bloki, w których zamieszkali również pracownicy „Anilany”, ale z nimi było trochę inaczej – dla nich zakład wykupił mieszkania w Łódzkiej Spółdzielni Mieszkaniowej.
W 1967 roku ta część dzisiejszej Górnej dopiero powstawała. Pamiętam jednorodzinne domki, sady, ogródki, ale wszystkie poddały się blokom. Z początku na Górnej było „krucho” z kulturą. Poza dwoma kinami – Roma (róg Broniewskiego i Rzgowskiej) oraz „Rekordem” przy Rzgowskiej 2 oraz Domem Kultury przy Siedleckiej – nic właściwie nie było. Ale… trzeba to powiedzieć,
że życie kulturalne organizowały wówczas zakłady pracy, tam były dziecięce i młodzieżowe zespoły muzyczne, taneczne. Zakłady organizowały też kolonie dla dzieci, półkolonie i noworoczne spotkania choinkowe. Były również kółka zainteresowań w zakładowych domach kultury. Były też zakładowe klubu dla dorosłych – i ja, jako pracownik „Anilany”, brałem w życiu jej kluby bardzo aktywny udział. No, ale to nie było na Górnej, tylko na Widzewie. Korzystaliśmy też z zakładowego basenu Anilany, który najpierw nazywał się „Unia”. Dla pracowników opłata był symboliczna – tylko 1 zł. Prawdę mówiąc – w pierwszych latach swego istnienia i budowy Górna była właściwie tylko sypialnią dla jej mieszkańców.
Życie w naszym bloku, wraz z pozostałymi czterem blokami „Anilany”, było szczególne, bo przecież mieszkańcy znali się z miejsca pracy. Może dlatego byliśmy z sobą zżyci i zaprzyjaźnieni.
Kiedy już byliśmy „młodzieżą”, w ciepłe dni wybieraliśmy się na Młynek lub nad Stawy Jana. To były całodzienne wyprawy. Zabierało się koce, wałówkę, kawę i herbatę w butelkach lub termosach, i tam na trawie polegiwało się, trochę grało w piłkę – ot takie leniuchowanie. Bywaliśmy również na Stawach Stefańskiego, ale to już był poważny wypad, bo od nas, z Podgórnej podróż tramwajem trwała i trwała… Do dzisiaj lubię Stawy Stefańskiego – to taka oaza zieleni i spokoju w mieście.
Po szkole handlowej podjąłem pracę – jak rodzice – w „Anilanie”, i zacząłem udzielać się w organizacjach młodzieżowych. Mieliśmy nawet taki obyczaj, że po pochodach 1-majowych, szliśmy większą grupą na Młynek, żeby pogadać, poprzyjaźnić się.
Dziś jestem już 2 letnim emerytem i siłą rzeczy porównuję dawne i obecne czasy. Powiem tak – nie ma dzisiaj tego serdecznego stosunku między ludźmi. Zauważyłem nawet dziwne zjawisko – mieszkańcy niektórych bloków grodzą się jak dawni chłopi. Otaczają swoje bloki płotami, montują kamery, bramy otwierane elektronicznie. Kilka razy rozmawiałem o tych „grodzeniach”
z mieszkańcami tych bloków – i niektórzy z nich są bardzo z tego zadowoleni, że mają coś osobnego, coś swojego, twierdzą że to ich chroni przed kradzieżami. Oni jednak mają fałszywe poczucie własności tych bloków. To jest i śmieszne i straszne. A kradzieże zdarzają się nadal, wystarczy że złodziej poda się za kuriera… Myślę, że ludzie otaczają się płotami, bo obawiają się, że nie umieliby już rozmawiać z innym człowiekiem.

15.Powoli przenosimy się wszyscy na Górną

Grzegorz Majewski , ul. Chełmońskiego 4

Mam 33 lata, urodziłem się w Zduńskiej Woli, na osiedlu Karsznice. Gdy miałem 19 lat zamieszkałem w Łodzi, bo poszedłem na Politechnikę Łódzką. Studiowałem matematykę stosowaną, a ściślej matematyczne metody informatyczne. W czasie studiów pomieszkiwałem, jak to student, właściwie w całej Łodzi. Mieszkanie na Chełmońskiego kupiłem 7 lat temu. O wyborze właśnie Dąbrowy zdecydowały trzy praktyczne względy. Po pierwsze – osiedle jest bardzo dobrze skomunikowane z centrum Łodzi. Po drugie – mieszkania tutaj są tańsze niż na Widzewie. Dlaczego tak jest, nie wiadomo, skoro Widzew jest dalej od centrum, dłużej się tam jedzie, a mieszkania nie są wcale lepsze. Po trzecie – na Dąbrowie mieszkał już mój starszy brat i chciałem mieszkać blisko niego.
Pracuję w Euro Invest Group, zajmujemy się poszukiwaniem środków dla przedsiębiorców, pomagamy wdrażać innowacyjne produkty i procesy, dzięki którym firmy zyskują przewagę konkurencyjną na rynku. To taka nowoczesna gałąź działalności gospodarczej. Przedsiębiorcy kupują patenty lub nowe technologie z ośrodków naukowo-badawczych uczelni. Potem chodzi już o to, żeby ułatwić im start, zmianę profilu działalności lub wdrożenie nowych technologii i nowych produktów.
Cała moja aktywność zawodowa i towarzysko-prywatna dzieje się poza Górną. Ale nie narzekam. Choć szkoda, że w okolicy nie ma restauracji i kawiarni. Ale… często korzystam z basenu na Rzgowskiej przy Dąbrowskiego – takie mam „pozamieszkaniowe” związki z Górną.
W Zduńskiej Woli mam rodziców, których regularnie odwiedzam, ale już cała trójka mojego rodzeństwa wywędrowała w szeroki świat. Wywodzimy się z kolejarskiego osiedla Karsznice. Mój dziadek, ojciec ojca, był kolejarzem w Karsznicach. Ojciec skończył studia w Akademii Rolniczej w Poznaniu i pracował potem w PGR w Opisinie, pod Zduńską Wolą. Można powiedzieć, że mój ojciec zdradził kolej, ale za to mama to odrobiła, bo pracowała w PKP w Karsznicach, jako księgowa.
My, trzej bracia mieszkamy w Łodzi, a siostra w Zgierzu – tak wygląda nasz szeroki świat. Jako pierwszy zamieszkał w Łodzi, i to na Dąbrowie, mój starszy brat. Skończył na Politechnice Łódzkiej, jak ja, matematykę stosowaną. Najmłodszy z nas studiuje teraz na PŁ informatykę. Tylko siostra „nie poszła” w nauki ścisłe i skończyła KUL. Teraz mieszka w Zgierzu, ale intensywnie namawiamy ją na przenosiny na Górną. Mam nadzieję, że się uda i proces powolnego przenoszenia się naszej rodziny na Górną zakończy się pełnym sukcesem.

16.Na całe życie wpadłem w sport

Bogdan Płusa, Klub Metalowiec, ul. Jachowicza 1

Dziś mieszkam na granicy Widzewa i Górnej, na Tatrzańskiej 37. Właściwie jestem człowiekiem pogranicza, bo Park Podolski dzieli te dwie dzielnice, ale przez większość swego życia mieszkałem na Górnej i byłem z nią mocno związany.
Urodziłem się na Kątnej (dziś Wróblewskiego), a jako dzieciak mieszkałem w Rudzie Pabianickiej, na ul. Raduńskiej. To przed wojną była dzielnica letniskowa Łodzi. A mój dom był starą willą Kindermana, która dwa razy zagrała w filmach Juliusza Machulskiego – w „Seksmisji”
i „Va Banque”. To w naszym dawnym mieszkaniu zostały odkryte fałszywe piersi Michnikowskiego.
W Rudzie „zainfekowałem się” pracą społeczną, a konkretniej – w sporcie. A było tak:
w tamtym regionie mieszkał i działał wspaniały człowiek pan Świecimski i zauważył, że po całej okolicy wałęsa się spora grupa dzieciaków. I zainspirował nas do zrobienia sobie czegoś w rodzaju ogródka jordanowskiego. Oczywiście dorośli pomagali, ale naprawdę główną robotę wykonały dzieci i młodzież. Mieliśmy lodowisko, boisko do siatkówki i tor narciarski. Za tę robotę cała nasza grupa została wyróżniona odznaką „Zasłużeni dla Pracy Społecznej” – to było dla nas ogromne przeżycie, że nas doceniono i zauważono. Dotarło też wtedy do mnie, że wspólnym wysiłkiem wiele można zrobić.
Wtedy też na dobre, na całe życie wpadłem w sport. Zacząłem od tego, że zacząłem grać w piłkę nożną w ŁKS-ie, u samego Władysława Króla, ale chyba nie miałem do piłki za dużo talentu. Odkryłem jednak, że moim sportem jest kolarstwo i zacząłem trenować w sekcji kolarskiej Rudzkiego Klubu Sportowego i nawet zostałem czołowym zawodnikiem w grupie 18-19 -latków. Potem zostałem kolarzem Włókniarza Łódź. Klub mieścił się przy Milionowej 2. Karierę zawodniczą zakończyłem w 1974 roku, ale ze sportu nie odchodziłem – zostałem działaczem sekcji kolarskiej w klubie. Z czasem zostałem nawet wiceprezesem ds. sportowych Włókniarza. To był poważny klub, mieliśmy kilkadziesiąt tytułów mistrza Polski. W klubie były też sekcje tenisa i piłki nożnej – na poziomie ówczesnej II ligi.
Z zawodu jestem zegarmistrzem, mechanikiem precyzyjnym. Przez 20 lat pracowałem w zakładach Mera-Poltik. Produkowaliśmy zegary i prędkościomierze. Przez moje ręce przeszło ponad milion prędkościomierzy do małego fiata. Byłem brygadzistą. Potem skończyłem prawo administracyjne. W latach 86/90 byłem sekretarzem PZPR komitetu miejsko-gminnego w Strykowie. Powiem nieskromnie, że jestem współpomysłodawcą wybudowania w Strykowie toru motocrossowego oraz inicjatorem wielu wyścigów kolarskich na terenach tej gminy.
Wspomnę też, że poza sportem pochłania mnie życie społeczno-polityczne. W 2002 roku założyłem „Klub Myśli Politycznej TATRZAŃSKA 35”. W wielkim bloku, na obszernym poddaszu, urządziliśmy sobie miejsce dyskusji i wymiany poglądów nad współczesnym światem i Polską. Gościliśmy w klubie tak znakomitych ludzi jak: Mieczysław Rakowski, Piotr Ikonowicz, Stefan Niesiołowski, Jerzy Wiatr, Józef Śreniowski – naprawdę były tam osoby z różnych opcji politycznych.
W 2000 roku zostałem członkiem zarządu, a potem prezesem klubu Metalowiec Łódź. Wtedy udało się nam przekształcić ten mały osiedlowy klub w centrum sportowe dzielnicy Dąbrowa. Polegało to na tym, że zaczęliśmy robić wiele imprez sportowych i rekreacyjnych dla mieszkańców dzielnicy. Były to: „Dzień Dziecka na Metalowcu”, „Powitania lata – żegnaj szkoło, witaj lato”, „Pożegnanie lata – żegnaj lato, witaj szkoło”. Były też „Olimpiady od 5 do 90 lat”. Nazwa wzięła się stąd, że startował w nich również 90 letni Kazimierz Spychała. Na tych olimpiadach były biegi w workach, łapanie drewnianych rybek na czas, sztafety rodzinne, były też rodzinne marszobiegi i biegi wokół stadionu. Na Metalowcu organizowaliśmy także lepienie bałwanów, były zawody w driblingu piłki, strzelaniu na małe bramki. Po prostu chcieliśmy być centrum rekreacji rodzinnej na Dąbrowie. Moim zdanie to bardzo ważna działalność, bo ludzie się poznawali, to była – tak potrzebna – integracja dzielnicowej społeczności przez sport.
Na Metalowcu istnieje też – jako jedyny w łódzkich klubach – stadion „Orlika”. Metalowiec ma jednak jeden poważny problem – klub nie ma hali sportowej. Zabiegamy o nią od 2005 roku, ale pokonują nas wielkie sportowe budowy: stadionów dla Widzewa i ŁKS-u, hali sportowa na ŁKS-ie. One są oczywiście potrzebne, ale niestety odbywa się to kosztem klubów dzielnicowych.
Od czerwca 2018 roku nie jestem już prezesem Metalowca, ale oczywiście nadal jestem w klubie.

17. Jeziorany

Iwonna Szulc, ul. Umińskiego 5

Zamieszkałam na Górnej w 1964 roku, z rodzicami. Przeprowadziliśmy się tu z Nawrot 2, dla wygody. Na Nawrocie mieliśmy duże, mieszczańskie mieszkanie, ale nie było ciepłej wody i kaloryferów, trzeba było palić w piecach i grzać wodę do kąpieli w łazienkowym bojlerze. To było bardzo uciążliwe. A na Umińskiego zamieszkaliśmy na znacznie mniejszej powierzchni, ale za to z kaloryferami i ciepłą wodą.
Wtedy Dąbrowa dopiero powstawała i miała w Łodzi nazwę „Jeziorany”, bo większość mieszkańców przenosiła się tutaj wprost ze wsi. Ale było dobrze.
Miałam właśnie pójść do liceum. Niedaleko było już XXXI liceum ogólnokształcące, ale zdecydowałam się pójść do VII L.O. na Kościuszki. To było znane i cenione liceum, zresztą żeńskie. Trzeba było trochę dojeżdżać, ale był tramwaj, a po roku uruchomiono autobus, który miał przystanek pod moim blokiem, więc nie było tak źle.
XXXI L.O. mieściło się przy ul. Leona Kruczkowskiego, ale teraz zmieniono nazwę ulicy na Konspiracyjnego Wojska Polskiego. Nazwa długa, że nie sposób zapamiętać, a jak to zapisać na różnych drukach? Zastanawiam się, co komu przeszkadzał ten Kruczkowski, wybitny pisarz, klasyk nawet? No, ale popierał miniony ustrój. Mówi się teraz, że artystów nie tykamy, ale Kruczkowskiego dotknięto. I tak się mają u nas zasady do realności.
Górna, a już moja Dąbrowa, bardzo się zmieniły. Powstało nowe miasto. A ja jeszcze pamiętam jak na Śląskiej pasły się krowy. Na mojej ulicy wybudowano żłobek, przedszkole i szkołę. Żłobek zamieniono niedawno na Dom Samotnej Matki, ale funkcje ma identyczne. Szkoła Podstawowa nr 173 jest bardzo dobra i bardzo aktywna i działa na rzecz osiedla. Organizuje liczne imprezy dla dzieci i rodziców, które słychać na całym osiedlu – słychać czyli działają dobrze, coś się dzieje. Podobnie przedszkole, również organizuje imprezy dla maluchów i rodziców – to też mi się podoba.
W sumie jest spokojnie, choć co jakiś czas bezstresowo wychowana młodzież podpali jakiś śmietnik. Ale na szczęście świat już odchodzi od bezstresowego wychowania, więc będzie jeszcze lepiej.
Mamy w okolicy bardzo dobre sklepy. Tuż koło mnie jest Pionierek z ryneczkiem. Drugi podobny rynek jest ode mnie trochę dalej, u zbiegu Przybyszewskiego i Tatrzańskiej. Ale mamy też prawdziwe centrum handlowe, które powstało na Felińskiego, za kościołem Kolbego. Tam są już duże pawilony Lidla, Biedronki, Rossmana.
No i mamy wspomniany wielki kościół, pod wezwaniem Świętego Maksymiliana Marii Kolbego. Kościół powstał ze składek mieszkańców, a prowadzą go Franciszkanie, którzy wykazują się też bardzo aktywną działalnością kulturalną, organizując wystawy i koncerty.
Mamy też osiedlowy klub „Górniak” w Pionierku, tam również są interesujące imprezy; spotkania, wystawy, koncerty.
Od niedawna jestem emerytką i oddałam się skrywanej pasji – maluję. Jestem uczestniczką Uniwersytetu III Wieku, który istnieje na Politechnice Łódzkiej. Uczymy się tam malować, rysować, lepić… Ja rysuję i maluję w różnych technikach. Maluję akwarelami, pastelami, akrylami, olejami. Głównie są to pejzaże i martwe natury, ale przymierzamy się też do portretów. Uczestniczyłam nawet w kilku wystawach.
W sumie jest dobrze i – jak to mówią – idzie żyć.

18. Wenecja i Sielanka

Krystyna Szymańska, Dawny park Wenecja u zbiegu Pabianickiej i al. Politechniki, przy Rondzie Lotników Lwowskich, w kierunku na Centrum Łodzi.

Pochodzę z rodziny nauczycielskiej, jestem łodzianką w piątym pokoleniu. Urodziłam się na Pabianickiej tam, gdzie dzisiaj stoi szpital im. Kopernika. Mieliśmy dom na dużej działce ze sporym ogrodem. To była zupełnie inna okolica.
W latach pięćdziesiątych nie było jeszcze Ronda Lotników Lwowskich, ul. Pabianicka była wtedy wąska, a Aleja Włókniarzy w ogóle jeszcze nie istniała. Pabianicka miała wtedy tylko jedną jezdnię. Drogi były brukowane kocimi łbami, ale też ruch samochodowy był niewielki. Tramwaje miejskie chodziły tylko do wiaduktu, dalej już jeździły podmiejskie – do Rzgowa i Pabianic, ale też tylko po jednym torze. Proszę też pamiętać, że dzisiejsza Aleja Politechniki kończyła się na ul. Wróblewskiego, dalej były pola i nieużytki.
To były tereny, które miały swoją tradycyjną nazwę – Pola Krauzego. Ciągnęły się od Kolei Obwodowej na wschód, wzdłuż dzisiejszej ulicy Paderewskiego – czyli od Rajdowej aż do Tuszyńskiej, a na północ aż do Kątnej, czyli dzisiejszej Wróblewskiego. Na polach Krauzego rosły zboża, ale były też glinianki i zabudowania cegielni – bo z z gliny wykopanej na tym terenie robiono cegły. W gliniankach żyły żaby, traszki, przeróżne owady, pełno było wokół ptaków. To były raj dla dzieciaków. Zwiedzaliśmy te pola, ciągle odkrywaliśmy nowe tajemnice, kryjówki, zakamarki, bawiliśmy się całymi dniami, do upadłego. Dzieci miały wtedy więcej wolności. Rodzice szli do pracy a my na pola…
Zimą były inne atrakcje. Tuż obok mnie, po przeciwnej stronie Pabianickiej był park Wenecja. To było miejsce zabaw dorosłych i dzieci. W parku były ławki, przy nich alejki a nawet wypożyczalnia rowerków dla dzieci. Dlaczego wypożyczalnia? Bo w latach pięćdziesiątych mało kogo było stać na rower i rowerki. My po szkole, gdy tylko dwa małe stawy Wenecji zmarzły, szliśmy tam prosto po szkole i ślizgaliśmy się na tornistrach i łyżwach. Ale łyżwy z butami to był luksus, o których słyszało się, ale niewielu nawet je widziało. My przykręcaliśmy zwykłe łyżwy do zwykłych butów, ściskaliśmy je też sznurkami, rzemieniami – choć mimo tego nie chciały się butów trzymać. Park Wenecja jest nawet opisany w „Ziemi Obiecanej” Reymonta. Co prawda Reymont nie dostrzegł w tej przestrzeni żadnego czaru i uroku, ale nam – dzieciakom – bardzo się w Wenecji podobało.
Oprócz Wenecji był też drugi park – Sielanka. Ten znajdował się trochę dalej. Rozciągał się od Pabianickiej w kierunku północnym. Oba te parki „zjadła” rozbudowa Łodzi. Pochłonęły je ulice – Pabianicka, Paderewskiego, Politechniki.
W tym czarownym miejscu mieszkaliśmy do 1962 roku, kiedy zaczęto budować Szpital im. Kopernika. Wywłaszczono nas i zamieszkaliśmy na Rzgowskiej 83.
Rejon Rzgowskiej 83 był wtedy pełen życia, szczególnie w okolicach Czerwonego Rynku. To był otwarty rynek, bez żadnych hal. Pełno było chłopskich furmanek, handlarzy – kupujących – to był ludzki wir. Fascynowało mnie to miejsce. Dzisiaj mieszkam na Widzewie, ale Górna to nadal moja dzielnica.
Nie dziwią mnie zmiany, które zaszły, ale żal mi jednak że nie ma już między ludźmi tej otwartości i zaufania co dawniej. Kiedyś nie zamykało się furtek a nawet drzwi domów. Bywały sąsiedzkie rozmowy, odwiedziny. Dzisiaj każdy zamyka się w swoim mieszkaniu i siedzi samotny przed telewizorem lub komputerem.
Tych dawnych relacji między ludzkich najbardziej mi żal.

19. Zastaw się, a postaw się.

Arkadiusz Bożek, skrzyżowanie ul. Pogorzel z ul. Wędkarską

Na Rudzie mieszkam już 25 lat. Przedtem mieszkałem też na Górnej – w okolicach Ronda Lotników Lwowskich, dawniej Ronda Titowa, to były bloki. Dokuczał mi jednak ruch w tamtych okolicach, a ponieważ teściowie mieli działkę na Rudzie – zbudowałem tu dom. Mówi się, że to daleko od centrum Łodzi, ale ta odległość zmienia się jakby w zależności od godzin dnia. „Najdalej” jest w godzinach szczytu komunikacyjnego, ale w dobrych godzinach jakby „bliżej”. Jak jest mały ruch, to do Ronda Lotników Lwowskich jadę 5 minut, ale bywa, że i pół godziny.
Teraz prowadzę zakład usług hydraulicznych, ale wcześniej byłem elektroenergetykiem. Przekwalifikowałem się. Do końca lat 90. przez 10 lat pracowałem w ZPRI, to było Zgierskie Przedsiębiorstwo Robót Instalacyjnych – zajmowaliśmy się uzbrajaniem terenów pod wielkie budowy osiedli. Niestety firma padła z początkiem lat 90., bo panował trend, że piękne co małe.
I nikt się nie przejmował kapitałem tych przedsiębiorstw, a było nim doświadczenie załóg i kadry kierowniczej… Szkoda.
Związki z Rudą mam jednak od 1974 roku, bo chodziłem do XX Liceum Ogólnokształcącego, które wtedy mieściło się przy Municypalnej i raz, dwa razy do roku sprzątaliśmy Stawy Stefańskiego. Te ówczesne stawy nie robiły na mnie dobrego wrażenia, bałagan i dzikie krzaki. Dziś są już uporządkowane, ucywilizowane. Są przy stawach grille, ścieżki biegowe, rowerowe i takie Stawy mi się wreszcie podobają.
Świat się zmienia… i Ruda też. Ale jeszcze w latach 60. na rudzie pełno było szklarni – hodowano tu warzywa i kwiaty, kto wie czy nie więcej niż w Tuszynie.
Potem trend się zmienił i w latach 90. w co drugim domu na Rudzie były warsztaty – albo samochodowe albo coś szyto. To było zagłębie łódzkiego szwalnictwa. Na Rudzie zawsze panowała staropolska zasada „zastaw się a postaw się”. Jest w związku z tym wiele domów, w których dwoje starszych ludzi żyje na 300 metrach. Niestety dzieci rzadko zostawały na Rudzie, uciekały w poszukiwaniu pracy. No i nie chciały tak ciężko tyrać – ani w ogrodnictwie, ani szyć czy naprawiać samochody.
Starzy ludzie odchodzą, a ich dzieci sprzedają domy, parcele i pojawiają się nowi lokatorzy. Kiedyś była to dzielnica uchodząca w sumie za biedną, dzisiaj coraz więcej ludzi majętnych, którzy dbają o swoje otoczenie, niektórzy zatrudniają nawet ogrodników do „prowadzenia” swoich przydomowych ogródków. Na Rudę zaczęło napływać „lepsze towarzystwo” – mieszka tu nawet były premier, nauczyciele, dyrektorzy szkół. Jest też sporo lekarzy, którym z Rudy jest najbliżej do Szpitala Matki Polki. Przy czym lekarze mieszkają po tej stronie, gdzie znajduje się Rudzka Góra. Powoli Ruda zaczyna być dzielnicą inteligencji.
Ja na Rudzie mam swój upragniony spokój. Jak tylko wracam idę popatrzeć na ogródek i odpoczywam. W całej dzielnicy jest wiele gatunków ptaków, w tym dzięcioły. Mamy nawet żyjącego tu jastrzębia. Są jeże, kuny a nawet sarny i dziki. W nocy trzeba na dziki uważać, bo właśnie nocami buszują.

20. Ulica Kolumny

Maria Stępień, ul. Kolumny

Mieszkam przy ul. Kolumny i od dziecka zastanawiałam się dlaczego i skąd taka nazwa. W końcu poszłam do Biblioteki Uniwersyteckiej, zaczęłam szperać w starych książkach i znalazłam. Teraz można opowieść o historii mojej ulicy znaleźć nawet w internecie, ale chyba niewielu łodzian ją zna. A warto bo ciekawa i nietypowa.
Zatem… ulica Kolumny jest jedną z najdłuższych ulic Łodzi, a wzięła swą nazwę od kamiennej kolumny, którą w XVII wieku postawił Jan Mulinowic, właściciel okolicznego dużego majątku ziemskiego.
Historia kolumny i jej fundatora są naprawdę niezwykłe. Legenda mówi, że Jan Mulinowicz (lub Mulinowic), został na początku XVII – po śmierci obojga rodziców – wypędzony ze swego mieszkania i biedny sierota siedział zapłakany przy trakcie z Łodzi do Piotrkowa. I tu stał się istny cud, bo zrozpaczonym chłopcem zaopiekowało się, przejeżdżające tą drogą, małżeństwo z Krakowa. Zabrali go z sobą i usynowili. Po ich śmierci Jan stał się właścicielem znacznego majątku.
W miejscu, w którym spotkał swych dobrodziejów, postawił w 1634 roku kolumnę z szarego marmuru na prostokątnym piedestale o łącznej wysokości około 11 metrów.
Pisał o niej Oskar Flatt w pierwszej w historii monografii: „Opis miasta Łodzi pod względem historycznym, statystycznym i przemysłowym”, która ukazała się drukiem w 1853 r. „Pół mili od Łodzi, w stronie południowej, na trakcie piotrkowskim, pod wsią Chojny, spoczną oczy przechodnia na wielkim, szaro-marmurowym kamieniu, wysokim na trzynaście łokci, na którym sterczy złocony krzyż, prawie cztery stóp wysoki.” Na bokach podstawy kolumny znajdowały się trzy łacińskie inskrypcje. Najważniejsza określała fundatora i podawała datę powstania pomnika. W tłumaczeniu na polski brzmiała ona: Bogu najlepszemu, najwyższemu Jan Mulinowic, mieszczanin krakowski, wzniósł w roku pańskim 1634.
Kolumna ta, zniszczona przez Niemców w 1939 roku, była najprawdopodobniej najstarszym świeckim pomnikiem w Polsce. Powstała bowiem jeszcze 10 lat przed wzniesieniem Kolumny Zygmunta w Warszawie. Po wojnie w tym miejscu, przy ulicy Kolumny, postawiono postument
z figurą Chrystusa.
Z inicjatywy Jana Mulinowicza, i za jego pieniądze, w 1643 dokonano renowacji kościoła pw. św. Wojciecha. W skarbcu kościelnym przechowywane są jeszcze ofiarowane przez niego pozłacany kielich mszalny z 1628 i srebrna monstrancja z 1638.
Mamy jeszcze w okolicy, przy kościele św. Wojciecha małą uliczkę „Jana Mulinowicza”. Myślę jednak, że byłoby dobrze, gdyby odbudowano tę kolumnę. Łódź ma tak mało historii, że naprawdę warto.

———————
„Wykaż inicjatywę. Zoom na Górną” zadanie dofinansowane w ramach Programu Narodowego Centrum Kultury – Domu Kultury+ Inicjatywy lokalne 2018
Zadanie współfinansowane przez Miasto Łódź w ramach dotacji celowej